Jak być produktywnym i nie umrzeć na zawał

Jak być produktywnym i nie umrzeć na zawał

Produktywność jest jednym z ulubionych fetyszy gospodarki opartej na technologii. W zależności od tego, kogo postanowisz słuchać, stanowić ona może tak podstawę rozwoju, jak i przyczynę naszego upadku. Jako popularny buzzword doczekała się rzecz jasna licznych interpretacji, a content marketerzy na całym świecie w poszukiwaniu pomysłu na dobrze klikający się tekst doprowadzili do całkowitego rozmycia znaczenia tego pojęcia

W obliczu nadmiaru informacji najlepszym punktem wyjścia do ugryzienia tematu jest zatem rażące uproszczenie. Takie, które nie zna niuansów, detali i odcieni szarości.

Klasycznie (czytaj: w kontekście przemysłowym) pojmowana produktywność to nic innego jak stosunek ilości wyprodukowanego produktu do ilości materiału do tej produkcji wykorzystanego. W przełożeniu na język ludzi uprawiających pracę biurową — stosunek ilości zarobionych pieniędzy do liczby utraconych w tym czasie szarych komórek.

Ocena pod tym kątem wszystkich ludzi trudniących się na co dzień patrzeniem w ekran komputera da nam szerokie spektrum wyników.

Na jednym jego końcu znajdziemy ludzi ekstremalnie bezproduktywnych. Z natury rzeczy najłatwiej ich znaleźć w korporacjach. Dział IT rozpoznaje ich, gdy po odejściu z pracy oddają sprzęt — w Saperze mają nabite naprawdę epickie rekordy. Dział HR rozpoznaje ich, gdy wnioskują o udział w piętnastym niedotyczącym ich codziennej pracy szkoleniu organizowanym tam, gdzie częstują tymi pysznymi kruchymi ciasteczkami. Et cetera.

Na drugim jego końcu znajdziemy… no właśnie. Według popularnego pojmowania słowa „produktywność”, na drugim końcu znajdują się Elon Musk i jemu podobni. Czyli ludzie, którzy z pracy wychodzą tylko po to, by pójść do jednej z trzech innych. To w bardzo nielicznych przypadkach nadludzi typu Elon może być prawda, ale zdecydowanie nie musi. Produktywność nie mówi nam bowiem o ilości wykonywanej pracy, a jedynie o jej jakości. Można być zatem Leniwym Janem pracującym 4 godziny tygodniowo i nadal z czystym sumieniem nazywać się produktywnym.

Wystarczy trzymać się trzech prostych zasad.

Po pierwsze: zorganizuj wszystkie swoje zadania w jednym miejscu

W teorii brzmi prosto, jednak w erze komunikacji wielokanałowej wymaga skrupulatności i skłonności do wykonania odrobiny nudnej pracy.

Wyobraź sobie taką sytuację: na przestrzeni dziesięciu minut rozmawiasz z dwoma klientami telefonicznie, z trzema na różnego typu komunikatorach, a od pięciu kolejnych otrzymujesz maile. Ponadto twój ulubiony retro klient przesłał fax, a klient najbardziej kreatywny — gołębia. Z każdym z tych komunikatów wiąże się zadanie do wykonania. Jeśli nie poświęcisz kilku minut na wtłoczenie ich do zorganizowanego systemu zarządzania zadaniami (pokusa, by tego nie zrobić, jest ogromna — dobrze to wiesz), po pewnym czasie nie będziesz w stanie nimi zarządzać. Tak po prostu.

Służących do tego narzędzi jest mnóstwo. Każde jest dobre. W zależności od specyfiki twojej pracy jedno może być lepsze od drugiego, ale nie ma to większego znaczenia. Grunt, by w danym momencie pracować z maksymalnie jednym narzędziem.

Po drugie: podejdź do marnowania czasu w zorganizowany sposób

Nie ma się co oszukiwać — każdy marnuje czas w pracy. Nawet Musk. On co prawda robi to w bardziej chłodny sposób niż siedzenie na facebooku, ale nie ma się co oszukiwać — nie jesteś Elonem. Więc nawet jeśli nie siedzisz codziennie na facebooku, zdarza ci się robić coś równie bezużytecznego.

Nie ma w tym nic złego.

Ważne jednak, by robić to z głową. Jeśli chcesz pooglądać zdjęcia z wakacji swoich znajomych z podstawówki, poświęć na to ostatnie pięć minut z każdej godziny. Jeśli potrzebujesz ułożyć kilka szybkich pasjansów, już rano zaplanuj okienka czasowe, w których to uczynisz. Jeśli chcesz na słynnym portalu ploteczkowym poczytać o niekomfortowych sytuacjach z życia znanych ludzi (by choć czasem spojrzeć na nich z góry), zrób to maksymalnie trzy razy dziennie, ograniczając każdą sesję do dziesięciu minut.

Nieustanne skupienie na pracy jest niezdrowe — wysłanie swojego umysłu na przebieżkę do krainy nieskażonej myślą jest od czasu do czasu konieczne.Upewnij się jednak, że wróci on stamtąd zgodnie z rozkładem jazdy.

Po trzecie: dowiedz się, co pozwala ci zacząć

Jeśli jesteś jak ja (tzn. człowiekiem), prawdopodobnie zdarza się, że pierwszych pięć-dziesięć minut pracy nad danym tematem to prawdziwa katorga. Co kilkadziesiąt sekund, twoja podświadomość wędruje sobie po zielonych pastwiskach, nie możesz się skupić i wszystko cię rozprasza. Obok amputacji nogi najgorsze uczucie na świecie.

Dobre wieści są takie, że ludzki organizm działa trochę jak samochody (pardon, automobile) we wczesnych latach motoryzacji — żeby pojechał, trzeba pokręcić korbką. Odpowiednio nastroić umysł.

Złe wieści są takie, że nie ma uniwersalnej korbki. Dla jednych będzie to spacer wokół bloku, dla innych pajda bezglutenowego chleba. Amerykańscy naukowcy nieśmiało wskazują, że na pewnym poziomie dla każdego zadziała dobrze dobrana muzyka.

Kluczem jest tu sformułowanie „dobrze dobrana”. W ogromnym uproszczeniu: zadania skomplikowane i wymagające nieszablonowego myślenia dobrze smakują z kompozycjami klasycznymi i elektronicznymi (dzięki ich repetycji oraz brakowi tekstów) oraz z dźwiękami przyrody (dzięki ich przyjemnemu ambientowemu szumowi). Zadania powtarzalne i nudne wykonuje się lepiej w towarzystwie muzyki okołopopularnej (twoja podświadomość słucha tekstów piosenek, gdy ty stukasz w klawiaturę). W biurach księgowych zawsze leci RMF.

Po czwarte: nie pracuj za dużo

Dwunasta godzina pracy nigdy nie będzie produktywna. Przykro mi. Chyba że jesteś El… no wiesz kim.

ta strona używa plików cookies